Z dziennika Pielgrzyma – dzień siódmy (2015 r.)

Miedźno – Jasna Góra… dzień siódmy. Ostatni.
5:45
Kumpel z medycznych jednak wiedział co mówi, bo noga wyraźnie mniejsza. Czyli chyba zmierzamy ku poprawie. Boli jednak niemiłosiernie nadal więc wtarłam maść i poczekam na lepsze…

6:16
Już po śniadaniu i zdaniu bagażu.
Jak tu dziś pięknie żółto. Większość  z nas już w odświętnych koszulkach… Wszyscy uśmiechnięci i chyba wypoczęci (bardziej lub mniej) ale to już nie ma znaczenia. Przed nami krótki odcinek 22 km.
Dziś jednak już nikt nie liczy kilometrów.
Dziś wyczekujemy i wypatrujemy. Już za 8 km Górka Przeprośna i pierwszy widok na Jasną Górę… To są takie emocje, że góry przenosić można. Dziś bowiem będziemy już u Niej! Ta myśl uskrzydla!

8:10
No i jest… Górka Przeprośna i WIEŻA na horyzoncie. To naprawdę już. Dacie wiarę?
Ale zaciesz!
Mamy chwilę na przeprosiny lub podziękowanie współbraciom nie tylko za 7 dni wspólnego znoszenia siebie nawzajem ale i pomagania sobie. To wyjątkowa chwila. Biegnę do nich…

9:20
Biała. Ostatni postój i czas na podsumowanie pielgrzymki. Siedzimy w kościele a xKarol po kolei składa podziękowania wszystkim służbom – od medycznych przez porządkowe, bagażowe, biurowe, drogowe, ekologiczne, medialne aż po muzyczne kończąc na najmłodszych i najstarszych pielgrzymach. Duże brawa. Każdy z nich przyczynił się do tego, że udało się nam tu bezpiecznie dojść.

11:10
Za chwilę wymarsz. Ostatnia szansa na zbiorowe zdjęcia. Wszyscy już przebrani w nasze żółte koszulki. Oaza dodatkowo w pięknie zaplecionych wiankach z mimozy i polnych kwiatów… Czuć już przedsionek Jasnej Góry…

13:40
Częstochowa. Osiedle na Łódzkiej. Postój 10 min by połączyć się z Włocławkiem. Dużo nas tu.
I moc FB!!!
Ale się ubawiłam. Po wyjściu z Białej zgubiłam gdzieś Danusię. Napisałam na swoim profilu o zabawnej sytuacji, gdy jej szukałam… Nadal nie wiem gdzie ją wcięło.
I oto przyszła informacja… w komentarzu…

…będę tańczył przed Twoim tronem
i oddam Tobie chwałę
i nikt już nie zamknie mych ust.
Żaden mur i żadna ściana
Największa nawet tama
Już nie. Nie zatrzyma mnie już!

Jasna Góra! I ostatnia prosta. Podejście. Wszyscy tańczą i śpiewają. Nie. Krzyczą wręcz. Jak dzieci…
Patrzę przed siebie. Zostało nam może 150 m. Ściska mnie w gardle i łzy napływają do oczu. To są emocje, których Ci, którzy nas tu witają nie są w stanie zrozumieć. No właśnie… co czuje pielgrzym u kresu wędrówki?
Radość. Brak bólu. Radość. Brak zmęczenia. Radość. Wzruszenie. Radość? Nie… Entuzjazm!
Móc to osiągnąć to dar. I tu.. i teraz wszyscy za niego dziękujemy…

Maria – pielgrzym

Z dziennika Pielgrzyma – dzień szósty (2015 r.)

Droga z Pajęczna do Miedźna. Dzień szósty.
6:47
Za kwadrans wymarsz. Piszę na kolanie.
Wszyscy już podekscytowani Żegnamy kochające nas Pajęczno a to oznacza, że dziś idziemy na ostatni nocleg… Przed nami krótki odcinek chyba 28 km i ponoć ma być chłodniej.
I nogi jakby lżejsze choć lewa stopa dziwnie się zachowuje i piecze w śródstopiu. Pomyślę o niej później…
Pierwszy poleż za 10 km a przed nim jeszcze chrzest pierwszoroczniaków.
No to w drogę!

9:25
Most przed Wąsoszem… oznacza chrzest pierwszoroczniaków. Zrobiłam kilka zdjęć i zostawiłam grupę by jak najszybciej dotrzeć do kościoła. Chciałam, zanim wszyscy przyjdą, zorganizować poleż w takim miejscu, gdzie cień nie ucieknie nam przez kolejne 4h bo tyle zapewne tu zostaniemy. Szybka ocena sytuacji słonecznej i rozłożywszy wszystkie karimaty czekam na współtowarzyszy. Lewa stopa przypomina mi natrętnie o swoim istnieniu… Czas na przeciwbólowe.

10:05
Jeszcze jedno. Przyszłam do wsi jakiś kwadrans przed całą grupą. Zakupy w miejscowym sklepie uświadomiły mi jeszcze jak bardzo ludziom brakuje wyobraźni. Za chwilę doczłapie się tu ponad pół tysiąca spragnionych chłodu i zimnej wody pielgrzymów… a jedyne schłodzone w sklepie napoje to… alkohol! Ratujcie… Bezalkoholowe natomiast ciepłe jak zupa…
Znalazłam jednak w lodówce coś zimnego co miało 0%, złapałam 3 ostatnie puszki dla współtowarzyszy i oto teraz… w cieniu… razem z nimi sączę – nie wierzę – piwo z lemoniadą! Ci, którzy mnie znają i wiedzą jak nie znoszę piwa, mogą sobie wyobrazić jak się krzywię. No cóż. Było nie było jest zimne max!

12:25
Już po Mszy Św. Tradycyjnie tu w Wąsoszu chętni pielgrzymi podejmują adopcję duchową dziecka poczętego.. Piękna uroczystość. Ponad 100 osób stanęło z postanowieniem. Oby dotrwali. To duże zobowiązanie. Nie byłam gotowa. Może za rok…
Czas na obiad. W Wąsoszu zapisujemy się na catering i dowożą nam tu pyszny obiad z kompotem. Danusia zadbała o mnie. Co ja bym bez niej zrobiła…
Lewa stopa puchnie i upierdliwie o sobie przypomina a przeciwbólowe nie zadziałały. Zamrażacz też nie pomaga na długo… Smaruję i leżę. Może minie.

13:35
Nie minęło… Jożin zaciągnął mnie do swojego kumpla z medycznych. Obejrzał, obmacał i zaczął masować. Pewnie naderwane ścięgno – oświadczył. No i ile by nie mówić o moim wysokim progu bólu… to tu poległam. Zęby wbiłam w dłoń mając nadzieję, że jak skupię się na bólu dłoni to odwrócę tym uwagę od bólu nastawianej stopy. Nie pomogło. Zawyłam a łzy poleciały ciurkiem. Teraz boli i ręka i noga. Ale ponoć ma być lepiej. Trzeba ufać. Trzeba ufać…

17:34
Poleż w Zawadach. Piszę szybko bo zaraz idziemy dalej.
W Wąsoszu doczłapałam się jakoś na kalwarię.

Droga Krzyżowa… Jezus szedł na Golgotę i trzykrotnie upadał. Mógł to przerwać. W każdej chwili. Mógł oszczędzić sobie bólu. Mógł wiele. Świadomie tego nie zrobił. Ukochał nas miłością nieprzejednaną… najpotężniejszą i oddał za nas życie. Cierpiał za nas i poświęcił siebie by nas ocalić. Wziął wszystko na siebie. Całe cierpienie tego świata na swoje umęczone ciało. Ale nie odpuścił. Bo nas kocha…

Gdybym dziś szła tak po prostu… dla siebie, teraz właśnie pewnie bym odpuściła. Bo ostatni odcinek był dla mnie moją Via Dolorosa. Minęliśmy dziś pierwsze drogowskazy na Częstochowę. To zawsze uskrzydlało. Dziś jednak nie pomogło.

..kiedy chcesz przerwać, pamiętaj po co zacząłeś… powtarzałam przez łzy przez ostatnie 8 km. Ktoś mi zaufał. To i szłam i modliłam się jak umiałam. Szłam coraz wolniej. Doczłapałam się na poleż na końcu peletonu…

Leżę. Boli bardzo. Wcieram maść i łykam łzy. Jeszcze kilka kilometrów i dam jej odpocząć. Jeszcze tylko kilka kilometrów…

22:40
Miedźno. To mała mieścina z pięknym kościołem i baaaaardzo pojemną szkołą.
Nasz Anioł w osobie Pani Czesi jednak zadbał o to, byśmy w tym roku nie korzystały z jej przestrzeni Gościmy u Pana Leszka, gdzie kawałek podłogi, skromna kolacja, prysznic i wiatrak w pokoju sprawiły, że czujemy się jak nowonarodzone. Przyjął nas człowiek, który swój jedyny pokój oddał pięciu pielgrzymom, by samemu noc spędzić w kuchni… Taka sytuacja.
Śpimy przy otwartych oknach. Z dala dobiegają śpiewy z ogniska organizowanego przy szkole. Ale ja już myślami na Jasnej Górze…
To już ostatni nocleg.
Już jutro będziemy u celu naszej wędrówki.
Już jutro spojrzymy JEJ w oczy dziękując za trud tygodniowej wędrówki.
Już jutro… Dobranoc

Maria – pielgrzym

Z dziennika Pielgrzyma – dzień piąty (2015 r.)

Droga do Pajęczna (dzień piąty)
Nawet najzdrowszy człowiek odczuje skutki tak długotrwałego marszu. Fenomenem jest to, że podejmując decyzję i wychodzac z domu by podjąć trud drogi jesteśmy tego świadomi. Co więcej… godzimy się na to.
Do tego dochodzą nieprzewidywalne czasem warunki atmosferyczne. W tym roku upał nas zdominował. Bezapelacyjnie.
Ból, którego tu doświadczamy jest wszelaki. Poza stopami bolą różne części ciała. Głowa, mięśnie, ramiona, stawy kolanowe i biodrowe i skóra – spalona słońcem i napinająca się do granic możliwości lub ta z oparzeniami od rozgrzanego asfaltu.
Pielgrzymka i ból to transakcja wiązana… bierzemy garść przeciwbólowych i mimo to idziemy nadal. Ale przychodzi taki moment, że nie jesteś w stanie go unieść. Dziś właśnie tak jest. Łykam łzy bólu i złości. Tu nie da się być twardzielem. Naproxen przestał już działać a zostało jeszcze 20 km… Stawy puchną i czuję jakby ktoś powoli oblewał je betonem. Czy wytrzymam? Czy uda mi się?
„Tak mnie skrusz,
tak mnie złam,
tak mnie wypal Panie,
byś został tylko TY… jedynie TY”
…i to usłyszałam właśnie na Mszy św w Kiełczygłowach.
No właśnie. Czy o to chodzi? Panie Jezu, czy musimy upaść? Kruszysz mnie dziś niemiłosiernie. Doświadczam naprawdę czym jest ból. Tylko nie rozumiem. Przecież nie idę dla siebie. Dla Twojej chwały idę. Wszyscy tu tak idziemy. Dlaczego nas tak doświadczasz? Jesteś dla nas Ojcem. Jeśli się o nas troszczysz to skąd te warunki? Chcę dojść. Nie za wszelką cenę. Ale chcę dojść. Proszę Cię o pomoc. Jak dziecko. Obiecałeś, że zawsze będziesz przy mnie…
Tak. Takie myśli ma pielgrzym, gdy jest na półmetku dniówki a ból zabiera wszelkie nadzieje. Wtedy też myśli mkną do Boga i proszą o siły i ulżenie w bólu. Czasem się z Nim kłócimy. To całkiem normalne. Ale to wszystko jest po coś. Czegoś ważnego się tu uczymy. Bo sami nie osiągniemy nic. Tylko z Nim będziemy mocni! To, że droga trudna, nie oznacza, że nie do przejścia.

Ktoś mi powiedział, że każdy nasz upadek to lekcja równowagi miedzy tym co trudne a tym, co chcielibyśmy mieć czy osiągnąć.

Musimy ufać. Wiem, że to trudne. Ale to nie teoria. To najbardziej praktyczne świadectwo jakie mogę dać. Sama tu tego doświadczam. I tak. Wiem, że są ludzie bardziej cierpiący niż ja. Dlatego się z tym godzę. A swój ból i łzy daję w ofierze. Modlę się nimi za innych. Intencja jest tego warta… I idę dalej bo ufam, że nie pozwolisz mi upaść.
Maria – pielgrzym

Z dziennika Pielgrzyma – dzień czwarty (2015 r.)

Dzień czwarty 
Szadek – Widawa (34 km)
Dotarliśmy pokonując dystans 34 km ale pogoda pokonała nas. Przeczesała nasze szeregi równo. Szacun dla służb medycznych. Mieli co robić po drodze. Karetka jeździła na sygnale, co rusz zabierając kogoś z trasy.

Usłyszałam dziś, że tam gdzie kończą się twoje możliwości zaczyna się Boża łaska…

To prawda. Otoczyła nas całkowicie dziś szczególnie. Moje możliwości skończyły się na 25 km drogi… Wypiłam dziś 7.5 l wody… w toalecie będąc raz… reszta wyszła przez skórę. Organizm już przeciążony i potrzebuje dłuższego odpoczynku.

Boli mnie każdy centymetr ciała od kolan w dół. Poranione stopy to nic. Boli wszystko. Nawet dotknięcie. Stopy nabierają dziwnych kształtów i zabiera mi to ostatnie resztki wiary w końcowy sukces…

Intencja trudna to i droga nie mogła być łatwa.

Jeszcze 3 dni.

W Zduńskiej Woli xDarek pięknie nas ugościł obiadem jak zwykle. Dzię-ku-je-my!
Potem już było tylko gorzej. Na postoju w Ptaszkowicach brakło auta z bagażem podręcznym bo musiało służyć za druga karetkę. Ani karimaty, ani wody, ani zestawu do opatrywania stóp…

Miejscowe gospodynie przygotowały słodką herbatę i pyszne ciasto w remizie. Temperatura osiągnęła 34 stopnie a tu same pola. Bateria w telefonie padła chyba od przegrzania.

Jożin za to capnął komuś rower i pojechał do wsi do sklepu przywożąc nam pepsi z lodówki. Jest wieeeelki!
Padam na twarz…

Autor: Maria Zaleska-Jaskot – pielgrzym