Z dziennika pielgrzyma – dzień trzeci (2014 r.)

Dziś ważny dla mnie dzień bo i intencja ważna. Chyba najważniejsza. Moi najbliżsi – ukochany mąż Arek i trzy najdroższe mi córki Julia, Hanna i Ewa. To nimi są dziś moje myśli. Pomóżcie mi dojść. A dzień trudny bo stopy poranione po wczorajszej ulewie…

Szadek_1

9:05 Krępa… Postój do 10.00. Wszędzie mokro :/ Dziś jest chyba moje Kilimandżaro… Przychodzi moment zwątpienia, że dam radę… Idę jak po rozgrzanym węglu. Stopom daję dziś 6 pkt w mojej skali zużycia. Mięśnie już przywykły i nie czuję zmęczenia. Dzisiejsze 11 km szłam jednak obok 82 letniej uśmiechniętej staruszki – Babci Helenki… Co za siła w Niej! I jak tu przerwać i skusić się na pokonanie kolejnego odcinka samochodem dla chorych…? 🙂 Mowy nie ma!
11:54 Wierzchy. Postój na obiad… wielu rzeczy brakuje na szlaku. Jedną z nich jest np. bieżąca woda. Wierzcie mi. Nie tylko nad morzem można czuć słony piasek w ustach. Kurz i pot na twarzy pielgrzyma to normalka. Choć dziś akurat szczególnie brakuje mi morza… 🙁
Najpierw jednak Msza Święta – strawa dla duszy. Potem czas na drzemkę.

Szadek_2
Już po Mszy Św. Zupa przygotowana przez mieszkańców pycha! Dziękujemy!
A z rzeczy, których dziś nam pielgrzymom nie brakuje – to słońce. Suszymy się jeszcze po wczorajszej ulewie… a piecze niemiłosiernie.

15:53 Zygry. Postój na ciasto upieczone przez mieszkańców. Ale oto… Zostało jeszcze ok. 10 km a tu klops… Wysiadło kolano. Postój w Zygrach i zaliczona pierwsza pomoc medyczna… Radzą jechać. Łzy bezsilności łykam. Jeszcze ostatni odcinek a tu perspektywa dotarcia do Szadku na tarczy… i to w tak ważnym dniu ;( Nie dziś proszę… nie dziś!

Szadek_3
19:10 Szadek… JUPIIIII!!!!

„Kto nie – kto nie – wierzył ze się uda ?
Nie ja – nie ja! Wiara czyni cuda 🙂
La la la …”

Koniec! Idziemy szukać noclegu… podsumowanie później :))))
Dziękuję wszystkim, którzy we mnie wierzyli i byli ze mną myślami! :))))

Podsumowanie – Dzień Drugi…
Dzisiejszy dzień to moja własna Via Dolorosa… Człowiek jednak może się do wszystkiego przyzwyczaić. Do permanentnego bólu również. Zastanawiałam się dziś nawet jak to będzie, jak wrócę – chodzić bez bólu w nogach. Tak już przywykłam do niego, że w połowie dnia przestałam zwracać nań uwagę. Zapomniałam o jednym, pojawił się kolejny. Równowaga w przyrodzie być musi. Poszło kolano. Pomoc medyczna zaleciła przejazd ostatniego odcinka autem. Ale dziś? Dziś nie mogę! Nie dziś! Ta złość na samą siebie i bezsilność. Chcesz a nie możesz. Nie obyło się bez łez… Ostatecznie poszłam wbrew zaleceniom, by po 100 metrach stwierdzić, że nie dam rady. Cofnęłam się po kijki moje by spróbować odciążyć kolano a żeby nie odpuszczać i dogonić grupę poprosiłam o podwózkę. Miałam czas na doczłapanie się do sklepu i zakupienie izotonów dla mnie i Danusi. Zanim medyczni się spakowali, grupa zdążyła już przejść ok 4 km. Z kijkami poszło jak złoto i resztę trasy pokonałam o własnych siłach.

Po królewsku śpimy dziś (dzięki kochanej p. Czesi) u wspaniałych ludzi – Pani Bożeny i Pana Andrzeja z Tarnówki. Prysznic!!! No i królewska kolacja. Jest nas sześcioro. Poznałam dziś siostrę Celinę. Obserwowałam ją wcześniej, ale dziś miałam okazję przekonać się, jak bardzo złudne może być pierwsze wrażenie. Wspaniała kobieta!
To był długi odcinek. A trzydziestostopniowy upał nie pomagał. Stopom daję dziś 3 a mięśniom 2. Kolano lewe przydałoby się nowe, wiec potraktuję je oddzielną punktacją dając niestety aż 8…
Misję ukończyłam. Bardzo ważną dla mnie. A ból? Ból to drugi plan. Do jutra!

Autor: Maria Zaleska-Jaskot – pielgrzym