Pielgrzymka – siedmiomilowe buty

Siedmiomilowe buty to nie tylko gadżet z dziecięcych baśni. To realna obecność Ducha Świętego, który działa jak chce i przez kogo chce.

Nie było fajerwerków, w zasadzie nic się nie działo, ale to „nic” to tylko pozór. Mam przyjaciółkę, która kiedyś powiedziała mi, że powinnam zapisywać wszystko, co uważam za działanie Ducha Świętego, a z czasem dostrzegę Jego obecność w moim życiu. Otóż ta przyjaciółka od wielu lat chodzi na pielgrzymki do Częstochowy i namawiała mnie, żebym wyruszyła z nią, jednak traktowałam pielgrzymkę, jako przestrzeń, gdzie przybywają jacyś nawiedzeni ludzie, ludzie z którymi właściwie nic mnie nie łączy.

Pielgrzymka w moim wyobrażeniu to było miejsce jeżeli nie dla religijnych fanatyków, to dla przesadnie rozmodlonych, starych ludzi z różańcami i „klepanymi” zdrowaśkami.

To na pewno nie było miejsce dla mnie, ale gdy poszłam pierwszy raz, okazało się, że jest jeszcze gorzej.

Czas start

W 2015 roku powiedziałam ok, dwa dni, tyle mogę przetrwać. Poranna Eucharystia, a ja jestem spanikowana, co ja tutaj robię, gdzie ja się pcham, po co mi to wszystko. Wychodzimy, idziemy kilka godzin, pierwszy postój i okazuje się, że moje kanapki przez przypadek trafiły do bagażu głównego, nie podręcznego. Na szczęście są ze mną znajomi i dzielą się posiłkiem. Idziemy dalej, fizycznie jest świetnie, nic nie boli, nie ma pęcherzy, ale dołuje mnie ten hałas, nieustanny fun i śpiew.

Bałam się, że będę miała problem z „moherowymi beretami”, a tu nieustannie śpiewają i pokrzykują z radością.

Po kilku godzinach mam tego dosyć, nie mój klimat, idę, choć narasta we mnie, nazwijmy to łagodnie, gniew. Fizycznie nadal świetnie, w końcu jeżdżę na rowerze i biegam, moje stopy i mięśnie są przyzwyczajone do wysiłku, ale sądziłam, że będzie więcej skupienia.

Zaczyna się różaniec i nagle pyknięcie, podoba mi się, z każdą „zdrowaśką” wkręcam się w ten klimat coraz bardziej. Nie będę ukrywać, że różaniec trzymałam w ręku wiele lat temu i nie pamiętałam, jak się go odmawia. Po kilku minutach ogarniam już melodię, na którą śpiewają. To samo z Koronką do Miłosierdzia Bożego. Łapię się na myśli, że to jest piękne. Wtopiłam. Wkurza już niemal wszystko i wszyscy, ale różaniec i Koronka są piękne. Miały być rekolekcje w drodze, konferencje głoszone przez kapłanów, a tu dwa dni i nic. Rozczarowanie. Z ludźmi idzie chyba trzech księży, kilku pojawia się co jakiś czas na poboczu drogi i macha. Są na pielgrzymce, bo ktoś im kazał, a generalnie… no, cóż. Gdy kończy się dzień, mam ochotę gryźć.

To nie ma końca, idziemy i idziemy, a oni nadal śpiewają i się cieszą.

Boli mnie głowa i trzymam się myśli, że jeszcze tylko jeden dzień. Poranek i kolejne odkrycie. Godzinki. Chyba zwariowałam, ale to mi się podoba, nie znam słów, ale ta melodia, coś pięknego, koniecznie muszę to ogarnąć po powrocie do domu. Oczywiście okazało się, że to tylko słomiany zapał.

Pielgrzymkowe owoce, czyli coś do schrupania

Po kilku tygodniach pojechałam do Lichenia i tam znalazłam piękny różaniec ze sznurka. Nie kupiłam go, ale pomyślałam, że ja też mogę taki zrobić i w ten sposób zaczęłam splatać różańce, którymi obdarowuję znajomych. Ja, która zapomniałam, jak odmawiać różaniec, zaczęłam robić różańce. Totalne szaleństwo.

Dziś wiem, że Maryja dała mi potężną broń, różaniec, ale o mojej przygodzie z nim napiszę w innym wpisie, teraz tylko mogę zaznaczyć, że stał się nieodzownym elementem mojego życia.

Dziś uważam, że te dwa dni na pielgrzymce, była to największa łaska, jaką otrzymałam od Ducha Świętego. To tak jakbym założyła duchowe, siedmiomilowe buty, otworzyły się moje oczy.

Pielgrzymka całą parą

W 2018 roku poszłam już na całość, 7 dni pielgrzymki, a każdy krok był modlitwą, dziękuję Bogu za ten czas, za ludzi, których poznałam (daleko im do religijnych fanatyków), za moją przyjaciółkę, która była dla mnie przewodniczką na tym nieznanym terenie.

Przed wyjściem znów zwątpienie, przecież będzie beznadziejnie, jak kilka lat wcześniej. Przyjaciółka idzie, ale w służbie muzycznej, więc będę sama, tysiące myśli, a każda krzyczy: nie idź. Poranek jest piękny. Jedziemy mostem, a mgła gęsto ściele się nad rzeką, jakby otula drzewa i krzewy, słońce gdzieś nieśmiało próbuje przebić się i zapanować nad krajobrazem. Początek mszy trudny. Niepokój utrzymuje się jednak tylko do czytania Ewangelii. Bóg mówi do śpiącego Józefa „Nie lękaj się Józefie…”, a ja nagle czuję, że wszystko odchodzi.

Znikają lęk i panika, znika zwątpienie. Jestem Józefem, który ma przyjąć wolę Boga. Naprawdę Bóg działa, jak chce. Opanowuje mnie pokój, nie ważne co będzie, będzie z Bogiem i Maryją.

Wydaje się, że to było kilka dni, które były czymś naturalnym. Kilka lat temu wyśmiałabym tego, kto powiedziałby, że pójdę na pielgrzymkę. Już nie denerwuje mnie ta nieustanna radość i pokrzykiwania, nie muszę się w to włączać, mogę odciąć się i zatopić we własnych myślach. Wtedy idzie się najlepiej, mam ten czas, kiedy mogę przemyśleć wiele spraw, trzeba tylko umiejętnie zatopić się w tym, co się dzieje, a wtedy znika wszystko, co wkurza, zostaje Bóg, który kroczy obok Ciebie. Tak, zaraz ktoś powie, że pielgrzymka do Częstochowy, to powinna iść obok Maryja, ale przecież przez Maryję do Boga, więc jednak Bóg.

Teraz podwójnie szanuję tych kapłanów, którzy nie ograniczają się do machania z pobocza drogi czy pojawiają się sporadycznie, ale idą przez cały czas i dbają o ludzi. Spowiadają i głoszą konferencje, rozmawiają, organizują transport i kawę dla swoich parafian. Są tacy i należą im się słowa uznania, reszta, cóż, nie będę oceniać i denerwować się, to nie ma sensu, choć boli.

Jeżeli ktoś się waha czy wybrać się na pielgrzymkę, mogę szczerze polecić. Nie jest łatwo, pojawią się kryzysy, wielu mówi, że największe wątpliwości są tuż przed wyjściem, ale trzeba je pokonać, a ja mogę to potwierdzić.

Dla mnie największym odkryciem był różaniec, a potem już się potoczyło, ale o tym przeczytacie w innym miejscu.

Autor: Katarzyna Kucharczyk

Tekst pochodzi z https://bieguny.blog.deon.pl/

Zdjęcie: Biuro Prasowe Jasna Góra http://jasnagora.com/

3 rzeczy, których nauczyło mnie pielgrzymowanie na Jasną Górę

Pielgrzymka pokazuje mi za każdym razem, że życie jest proste. To nie ono jest skomplikowane, tylko to ja sam je komplikuję.

Ostatnie promienie słońca spokojnie padają na zieloną łąkę. Dookoła rolnicy spędzają krowy do swoich gospodarstw, zaczynają się odzywać pierwsze świerszcze i żaby. Wsi spokojna, wsi wesoła! Do całości nie pasuje tylko to, że siedzę na tej łące z nogami w misce już zimnej wody, pozwalając odetchnąć stopom po przejściu niemal 40 km po rozgrzanym asfalcie.

Na moją pierwszą pielgrzymkę wyruszyłem mając 17 lat. Z jednej strony to bardzo późno, ponieważ dookoła mnie szli zaprawieni w boju pątnicy, którzy mieli po 7-10 lat. Z drugiej strony, to nadal „dziecięca” wyprawa, bo musiałem pozostać (przynajmniej formalnie) pod opieką jakiejś osoby dorosłej. Był to jednak wiek „w sam raz” na to, żeby pielgrzymką się „zarazić”. A powszechnie wiadomo, że to choroba nieuleczalna, która zawsze przypomina o sobie na początku sierpnia. W tym roku przypomniała się u mnie skutecznie. Czego nauczyło mnie pielgrzymowanie?

1. Niemożliwe nie istnieje
30-40 kilometrów do przejścia na pieszo. Asfalt, szuter, polna lub leśna droga. Nielitościwy skwar, burza czy ulewa. Pielgrzymka nie zatrzymuje się przed niczym. Wydawało mi się to zupełnie niezrozumiałe, a już samo wstawanie o takich godzinach jak 4:30 czy 5:15 było torturą. Zmęczenie i wyrwanie z wszelako rozumianej codzienności, to dla wielu bariera nie do przeskoczenia.
Jednego z poranków po otwarciu oczu usłyszałem ulewę uderzającą o namiot. Szybko spojrzałem na zegarek, zostało 30 minut do wyjścia grupy. To zdecydowanie wystarczająco dużo czasu, żeby się ogarnąć, ubrać, spakować, złożyć namiot i odnieść bagaż. Co jednak zrobiłem razem z kolegami, z którymi współdzieliłem namiot? Zgodnie stwierdziliśmy, że „pielgrzymka przecież nie wyruszy w deszcz”. I poszliśmy spać dalej. Obudził nas dopiero głos grupy, która (w deszczu oczywiście) wyruszała już na szlak.

2. Serca otwarte na oścież
W tym roku pielgrzymowałem jedynie trzy dni. To wystarczająco dużo, żeby się porządnie zmęczyć i wystarczająco mało, żeby poczuć niedosyt spędzenia większej liczby dni w tej niezwykłej wspólnocie. Te dni wystarczyły także, żeby mocno doświadczyć ludzkiej wrażliwości, która pomimo wysiłku i granicznego zmęczenia, wzrastała do niewyobrażalnego poziomu. Siostra lekko kuleje, a do końca dnia jeszcze co najmniej dwie godziny marszu? Wezmę jej plecak. Jednemu z braci skończyły się zbyt szybko konserwy? Zaprośmy go na kolację, przecież mamy czym się podzielić. Pielgrzymi szukają miejsca do umycia? Zaproponuję im swoje podwórko, szlauf, zagrzeję też wodę na herbatę.
To tylko kilka przykładów dobroci, która całkowicie bezinteresownie rodzi się w ludzkich sercach podczas pielgrzymki. Zawsze, kiedy tej dobroci doświadczam, ale też kiedy sam się na nią zdobywam, zastanawiam się, dlaczego tak łatwo z niej rezygnuję w codzienności? Czy naprawdę jest przeznaczona tylko na ten wyjątkowy czas?

3. Życie jest prostsze niż mi się wydaje
Pielgrzymi szlak jest świetną okazją nie tylko do tego, żeby zapuścić brodę (bo warunki do golenia trudne) czy bez wyrzutów sumienia założyć skarpety (nawet białe!) do sandałów. Setki tysięcy kroków stawianych przez 10 dni same zachęcają do tego, by na nowo przyjrzeć się swojemu życiu, swojej codzienności. Trudno na pielgrzymce sprawdzać co 5 minut nowości na fejsie. Nie da się być na bieżąco ze światem. Ba! Nawet nie chce się tego robić.

Pielgrzymka pokazuje mi za każdym razem, że życie jest proste. To nie ono jest skomplikowane, tylko to ja sam je komplikuję. Na pielgrzymim szlaku wiele brakuje. Wody do mycia, prądu do ładowania telefonu, ciepłego miejsca, żeby wysuszyć przemoczone buty. Na pielgrzymim szlaku niewiele też potrzeba. Ciepłe promienie słońca po deszczu, deszcz po upale nie do wytrzymania, kanapka z pasztetem, kubek gorącej herbaty i wspomniana już wcześniej miska, w której można dać ulgę swoim stopom. Kiedy się zapomina o potrzebach generowanych przez nasz zabiegany świat, życie naprawdę staje się prostsze.

Autor Iwona Flisikowska  – Warszawska Akademicka Pielgrzymka Metropolitalna
Źródło: https://pl.aleteia.org/

Pielgrzymowanie na pieszo – dlaczego to kochamy?

Już wkrótce (7-13 sierpnia) wyruszy piesza XXVII Pielgrzymka z Konina na Jasną Górę, do tronu Królowej – naszej Matki. Corocznie bierze w niej udział kilkuset piechurów. Hasło tegorocznej pielgrzymki to: „IDŹCIE I GŁOŚCIE”. Zobaczmy zatem, czym jest pielgrzymowanie – wypowiedzi uczestników.

Danuta Pydyńska
Pierwszy raz pieszo na Jasną Górę wybrałam się mając 15 lat. Skończyłam właśnie podstawówkę i dostałam się do liceum. Poszłam z tatą. Przez cały okres szkoły średniej wędrowałam do Częstochowy z Gniezna (Strzałkowo, z którego pochodzę należy do diecezji gnieźnieńskiej). Później przerwa od pielgrzymek – założyłam rodzinę, na świat przyszły dzieci. Na szlak pielgrzymkowy wróciłam w 2007 roku i to była moja pierwsza pielgrzymka konińska – jakże inna od tych, gdy byłam nastolatką. Wszystko się zmieniło: ustrój polityczny w kraju, podejście do pielgrzymów, warunki bytowe, piosenki religijne, no i ja – moje intencje, możliwości, moje postrzeganie świata. Tylko cel pozostał ten sam – Jasna Góra. Od 2014 co roku chodzę do Częstochowy z pielgrzymami z Konina.
W tym roku byłam też na Ekstremalnej Drodze Krzyżowej organizowanej przez parafię MB Królowej Polski w Koninie. Rzeczywiście było to ekstremalne doświadczenie. W 2008 r. poszłam z dwójką znajomych na Camino. W miesiąc przemierzyliśmy szlak 702 km, z Pampeluny do Santiago de Compostella.
Dlaczego chodzę na pielgrzymki? Bo lubię. Lubię wędrować, oglądać świat z perspektywy piechura. Odczuwam też potrzebę modlitwy, refleksji nad sobą, swoim życiem, życiem w ogóle. Pielgrzymka jest odpowiednim na to czasem i miejscem.

To moje jedyne rekolekcje w ciągu roku. Tydzień, który oddaję Bogu. Codzienność jest tak prędka, że nie ma czasu pożyć. A tu jest czas na zatrzymanie się (mimo, że trzeba iść), na głębokie przemyślenia, na poznanie siebie. Tu uczę się siebie.

Poznaję kim jestem, jaka jestem w trudniejszych chwilach: gdy doskwiera ból, niewygoda, gdy dostrzegam, że jestem jedną z wielu, a nie tą najdzielniejszą czy tą, która najbardziej cierpi. Tu uczę się wytrwałości i cierpliwości. Uczę się znosić siebie… i innych. Uczę się akceptacji drugiego człowieka i staram się go zrozumieć. Wyzuwam się z egoizmu. I składam tę swoją słabość, niedoskonałość, te swoje braki Bogu. Oddaję, mówiąc „Ty się tym zajmij”. Czy to zwykła praktyka religijna? Nie, to powierzchowne, zbyt płytkie określenie. Pielgrzymowanie jest dla mnie głębokim doświadczeniem egzystencjalnym. Daje mi siłę i przywraca mnie do pionu. Czy dzięki temu jestem lepsza? Nie wiem. Wiem, że bez tego byłabym gorsza. Czy dzięki temu doświadczeniu jestem bliżej Boga? Nie ośmielę się tego stwierdzić, bo o tym dystansie decyduje Jego łaska. Otrzymałam dar potrzeby pielgrzymowania, więc pielgrzymuję.

Józef Liszka
Pielgrzymowanie rozpocząłem z rodziną do sanktuarium M.B. Licheńskiej, bowiem co roku odbywały się pielgrzymki Solidarności ludzi pracy – w ostatnią niedzielę sierpnia. Pamiętam SB jak szykanowało kierowców zabierających ludzi autobusami. Ogółem było około 30 pielgrzymek… brałem udział we wszystkich. Pielgrzymowanie do Częstochowy zacząłem w 2011 roku po przejściu na emeryturę. Obecnie mam 66 lat, a w tym roku chcę podążać po raz szósty.

Mówią, że pielgrzymowanie to modlitwa nogami. Czyli kto idzie, modląc się i śpiewając, modli się potrójnie.

Ponadto przebywanie na pielgrzymce jest to jakby zatrzymanie w czasie… ludzie są dla siebie mili, uśmiechnięci jakby w innej rzeczywistości. Dla mnie jest to osobisty cud – wytrzymać trud pielgrzymowania w tak intensywnym tempie i nieomal podeszłym wieku. Uderza również serdeczność ludzi, którzy nas przyjmują bezinteresownie. Nigdy nie mam szczególnych intencji… idę dziękować, a MATKA NASZA KRÓLOWA najlepiej wie, co nam potrzeba… Szczęść Boże.

Maria Zaleska Jaskot
Nie liczyłam nigdy pielgrzymek do Sanktuarium w Licheniu. Jednodniowe to raczej wędrówki niż pielgrzymki. Na Jasną Górę poszłam pierwszy raz mając 15 lat. To były pierwsze Światowe Dni Młodzieży. Szło się inaczej… z innym nastawieniem. Ze znajomymi. Z brakiem świadomości wagi tego, co robię. Szłam 4 razy z rzędu. Potem nastąpiła długa… 20 letnia przerwa.
Wróciłam na szlak w 2014 roku. Z potrzeby serca. Z konkretną intencją i chyba z brakiem świadomości swoich możliwości.  Po tej długiej przerwie droga mnie prawie pokonała. Ale nie pojechałam ani jednego odcinka. Dlaczego? Intencja dodawała mi sił, kiedy ich zaczynało brakować. Obiecałam coś i nie mogłam zawieść. I tak szłam. I doszłam.
Co mi dają pielgrzymki? To trudno opisać. Tam wszystko jest inne. To czas tylko dla mnie i dla Niego. Tam o wiele łatwiej jest Go dostrzec. Zauważyć Jego bliskość i pomoc na każdym kroku. Trudno mi to opisać w kilku zdaniach. Zachęcam, by poczytać mój blog, który piszę w trakcie drogi. Z dziennika pielgrzyma – na facebooku. Tam znajdziesz przemyślenia pisane w trakcie drogi, postoju, w niebywałym upale, w bólu czasem nie do wytrzymania, z sercem pełnym Boga. Piszę tam o ludziach spotkanych w drodze, o intencjach, które niosą, o tym czym jest dla mnie modlitwa w drodze i czym różni się od tej codziennej. Piszę tez dlaczego warto iść.
Czy to więcej niż praktyka religijna? Zdecydowanie tak. Tam poza bólem nic cię nie rozprasza. Są chwile, że wyłączasz się ze wszystkiego, co cię otacza. Jesteś tylko Ty i On. I cały ten swój trud oddajesz Jemu. Tylko Jemu. Bo skoro On tak Cię umiłował, że oddał za Ciebie swoje życie, dlaczego Ty nie możesz oddać Mu corocznie tygodnia swojego urlopu… swojego życia. Tam ładuję akumulatory na kolejny rok. Wyciszam się. Wbrew pozorom… nabieram sił. I dlatego wracam tam corocznie. I w tym roku też tam będę. Mam nadzieję, że dam radę

Paweł Gościmiński
Minęło 9 lat od kiedy pierwszy raz wyruszyłem z Konina na Jasną Górę. Chęć pielgrzymowania pojawiła się wcześniej, bo już około 2005 roku, ale musiało minąć jeszcze kilka lat zanim zamiar zamieniłem w czyn. To był 2009 rok i pamiętam jak dziś pierwsze kilometry pielgrzymki. Ogromne przeżycie i wielka radość. XIX Pielgrzymka na Jasną Górę AD 2009, której hasło przewodnie brzmiało „Otoczmy życie troską” zawiodła mnie prosto przed tron Maryi i to była jednocześnie pierwsza moja w życiu wizyta na Jasnej Górze. To były wyjątkowe dni. Od tamtej pory pielgrzymuję na Jasną Górę corocznie. W tym roku idę po raz 9 i pragnę kontynuować to jeszcze wiele lat.
Dla mnie pielgrzymka to miejsce, gdzie wszystko się zaczęło. Po powrocie z pierwszej pielgrzymki postanowiłem rozpocząć życie na nowo i zbudować je na mocnych fundamentach, opartych na Bogu. Kiedy zaprosiłem Jezusa do swojego życia wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Na pielgrzymce odnalazłem miłość swojego życia Karolinę, moją żonę. Oczywiście oświadczyłem się Karolinie przed obrazem Najświętszej Maryi Panny na Jasnej Górze, a pierścionek zaręczynowy przyniosłem w plecaku. Ślub odbył się w październiku 2011 roku, który koncelebrowało 2 księży powiązanych z pielgrzymką ks. Sławomir i ks. Jarosław. Nie muszę chyba dodawać, że na nasz ślub gromadnie przybyli nasi przyjaciele z konińskiej pielgrzymki. Obecnie prowadzę stronę i fanpage poświęcony pielgrzymce, jako wotum dziękczynne za dar pielgrzymowania i otrzymane łaski.

Pielgrzymka to nie tylko pokonanie drogi do jakiegoś miejsca, lecz przede wszystkim podróż w głąb samego siebie, gdzie spotykamy Boga i drugiego człowieka.

Oderwanie się od ustalonego rytmu dotychczasowego życia otwiera nowe widoki, np. w kolejnych mijanych miejscowościach, gdzie na poboczach stoją życzliwi pielgrzymom mieszkańcy nie tylko ze szklankami herbaty i kanapkami, ale też ze łzami w oczach, proszący niejednokrotnie „Pomódlcie się za nas u Maryi…”. Pielgrzymka to czas wielu wyrzeczeń i okazywania dobra innym ludziom. Pielgrzymka to także wspaniały klimat, który tworzą… pielgrzymi. Większość uczestników stanowi pełna radości, rozśpiewana i rozmodlona młodzież. W grupie nie brakuje także doświadczonych pielgrzymów. Pielgrzymka to przede wszystkim modlitwa: codzienne nabożeństwo godzinek – od tego zaczyna się dzień, codzienny Różaniec i Koronka do Miłosierdzia Bożego, konferencje, Msza św. Ponadto pielgrzymka to również stała obecność kapłanów, niosących posługę słowa i sakramentu, to odpowiedź na wewnętrzny głos, który wzywa do wyruszenia w drogę. Pielgrzymka zwykle wiąże się z jakąś intencją, którą pielgrzym niesie ze sobą. Wyruszamy w drogę wierząc, że nasz wysiłek jest potrzebny i może przybliżyć jej spełnienie. Pielgrzymka nie jest więc turystycznym rajdem. To poświęcenie często rodzi skruchę i chęć dokonania zmiany w życiu. Wtedy mówimy, że pielgrzymka przyniosła owoce.

Ryszard Krupiński (pustelnik)
Skoro poprosiłem kilka osób o pielgrzymkowe świadectwo, to i swoją mikro cegiełkę dostawię. Nie mam tylu doświadczeń, co poprzednicy, gdyż uczestniczyłem tylko raz w tej pielgrzymce – w ubiegłym roku, ale i z tej jednej mam czym się podzielić. Połowę trasy przeszedłem, połowę przepracowałem (transport bagaży, sprzątanie po postojach). Pielgrzymki nie zapomnę, poznałem wielu wspaniałych ludzi, doświadczyłem wspólnej modlitwy w drodze, serdeczności i dobrego nastawienia.

Autor:  Ryszard Krupiński (pustelnik)
Źródło: http://konin24.info

Polak w drodze

Prognozy na sierpień są bardzo obiecujące: pogoda ma być piękna i słoneczna. Dla wielu ludzi będzie to czas szczególnego wędrowania: z plecakiem na ramieniu, z uśmiechem na twarzy, z różańcem w ręku – będą wędrować ku Jasnej Górze.

Pielgrzymowanie na Jasną Górę jest bez wątpienia swoistym fenomenem w skali świata. Jasna Góra mieści się w pierwszej dziesiątce ośrodków pielgrzymkowych nie tylko chrześcijaństwa, ale w ogóle wszystkich religii. Jest jedynym chyba w świecie sanktuarium, które ma tak ogromny zasięg przestrzenny pielgrzymowania. Długość niektórych tras sięga ponad 600 kilometrów, a czas pielgrzymowania przekracza 3 tygodnie. Uczestnicy kaszubskiej pielgrzymki z Helu mają do pokonania 638 kilometrów! I co ciekawe, do tej najdłuższej pielgrzymki chętnie przyłączają się ludzie z miejscowości mniej oddalonych od duchowej stolicy Polski.

Przed Uroczystościami Matki Bożej w Alei Najświętszej Marii Panny tworzą się wielokilometrowe kolejki pielgrzymów. Niepowtarzalna to atmosfera, gdy utrudzeni pielgrzymi  śpiewają i cieszą się, że osiągnęli cel pielgrzymowania.

Szaleństwo?

Idą w pielgrzymkach ludzie głęboko wierzący i poszukujący. Idą z sercem pełnym wdzięczności, ale także w strapieniu i cierpieniu.  Idą ludzie w różnym wieku, ale w większości młodzi.  Jak to możliwe, że w świecie wygodnictwa, szukania przyjemności i korzyści, właśnie ci młodzi, decydują się iść setki kilometrów, kiedy w domu jest nieraz kilka samochodów. Czym wytłumaczyć, że gdy wszystkim się spieszy, oni wyruszają w drogę na kilka czy kilkanaście dni? Jak zrozumieć, że w czasach, gdy ciągle jesteśmy atakowani wiadomościami, iż wiara przeżywa kryzys, ludzie gotowi są iść na Jasną Górę? Kto zrozumie młodych ludzi, bardzo wygodnych, którzy zostawiają swoje wygodne łóżko, telewizor i komputer i decydują się na spanie w szkole czy w remizie, na podłodze lub w stodole na sianie? Czym wytłumaczyć ludzi ceniących sobie wolność i niezależność, dobrowolnie podporządkowujących się surowemu niejednokrotnie regulaminowi pielgrzymki?

Czy nie jest to zwykłym szaleństwem w rozumieniu świata? I na to szaleństwo decyduje się każdego roku około 200 tysięcy ludzi, w ogromnej większości właśnie młodych. Niełatwo to zrozumieć bez wiary.

Najważniejsze niewidoczne dla oczu

To stwierdzenie jest szczególnie trafne w odniesieniu do pielgrzymki. Relacje świeckich mediów ukazują pielgrzymkę jako obóz wędrowny: strój pielgrzymów, używany przez nich podczas wędrówki sprzęt turystyczny, sposób odżywiania się czy wypoczynku. Wiele relacji na tym obrazie się zatrzymuje. Świadectwem tego są chociażby informacje w prasie, prezentowane według ustalonego schematu: wczesne wstawanie, bolące  nogi, padający deszcz lub palące słońce… Czasami jest szukanie sensacji – że na pielgrzymce były narkotyki lub tekst o dziewczynie, która z pielgrzymki wraca w ciąży.  Panująca w mediach niepisana cenzura, zwana „poprawnością polityczną”, zabrania pisania o tym, że ludzie młodzi się modlą, że korzystają z sakramentów, że szukają źródeł nadziei. Świeckie media tworzą mocno zafałszowany obraz pielgrzymki i tego, co się na niej dzieje.

Pielgrzymka bowiem to nie tylko to, co widać na zdjęciach i w telewizyjnych migawkach. Pielgrzymka to przede wszystkim modlitwa: codzienne nabożeństwo godzinek – od tego zaczyna się dzień, codzienny Różaniec i Koronka do Miłosierdzia Bożego, konferencje. Pielgrzymka to czas wielu wyrzeczeń i okazywania dobra innym ludziom. Pielgrzymka to również podejmowanie szlachetnych zobowiązań, jak Krucjata Różańcowa w intencji prześladowanych chrześcijan na Bliskim Wschodzie, czy zobowiązanie do podjęcia dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego.

Jedynie Panu Bogu znane są trudy i wyrzeczenia, najpiękniejsze przeżycia i postanowienia wyniesione z uczestnictwa w pielgrzymce. Wielu uczestnikom Pielgrzymka pomogła wyzwolić się z nałogów.

Duch i ciało

Pielgrzymka to ogrom przeżyć i wzruszeń ludzi w kolejnych mijanych miejscowościach, gdzie na poboczach stoją życzliwi pielgrzymom mieszkańcy nie tylko ze szklankami herbaty i kanapkami, ale też ze łzami w oczach, proszący niejednokrotnie „Pomódlcie się za nas u Maryi…” Doświadczony pielgrzym wie, że idzie nie tylko dla siebie, ale i dla ludzi, których spotka na swojej drodze i rozumie, jak ważne jest to posłannictwo.
Ponadto pielgrzymka to również stała obecność kapłanów, niosących posługę słowa i sakramentu.
Dopiero dostrzeżenie wymiaru duchowego pozwala odróżnić pielgrzymkę od obozu wędrownego. Spojrzenie przez pryzmat wiary daje szansę zrozumienia wielu niezwykłych przeżyć, cudownych przemian i nawróceń. Widziałem w czasie pielgrzymek wiele: nawróconych zatwardziałych grzeszników, widziałem jak dobre słowo i kubek z wodą do picia kruszy barierę samotności; widziałem stopy nadające się do szpitalnego leczenia, które niosły dalej. Widziałem ból i zmęczenie, ale również radość i zachwyt. Byłem świadkiem upadków i nawróceń.
Byłoby naiwnością sądzić, że do Częstochowy idą sami aniołowie, a zresztą i oni nie byli wolni od pokus i nie wszyscy z nich wychodzili zwycięsko. W tak wielkich zbiorowościach – wszystko ma miejsce – i świętość, i grzech. Zdecydowana większość to jednak ludzie ukierunkowani na poszukiwania duchowe, a przynajmniej pozytywnie nastawieni do trudów i wyrzeczeń. Każdy chyba na Jasną Górę wchodzi inny niż wyrusza z domu.

Fenomen pielgrzymowania

Teologowie i socjologowie, patrząc na ogromne rzesze pielgrzymów zdążających na Jasną Górę stawiają sobie pytanie, jak w dobie wygodnictwa wytłumaczyć ten fenomen? Trudno odpowiedzieć jednoznacznie – czy głębokie motywy religijne, czy też ciekawość, chęć przeżycia pewnej przygody, cele krajoznawcze? Może w niejednym pielgrzymie te motywy się przeplatają, a może z innym motywem wyrusza i z innym wraca. Bywa, że człowiek przychodzi na pielgrzymkę, jak na ciekawą przygodę wakacyjną, czy jakiś rajd, a w czasie pielgrzymki odkrywa zupełnie inne wartości, przede wszystkim Boga. Nie zawsze wszystko powiedzą ankiety i wywiady. Wydaje się, że prawdziwe motywy kryją serca.
Dla owocnego pielgrzymowania potrzeba jasnego określenia, co zadecydowało o wyruszeniu w drogę. Dlaczego tu się znalazłem?  Ktoś powiedział, że pierwszy dzień decyduje, jakie będzie całe pielgrzymowanie, zarówno w wymiarze osobistym, jaki całej drogi.  Te pierwsze kilometry, pierwsze razem spędzone godziny marszu i chwile odpoczynku wytwarzają specyficzny styl każdej grupy. Wtedy właśnie potrzeba jasnego określenia, czym jest pielgrzymka, czego pielgrzym ma prawo oczekiwać od wspólnoty i czego wspólnota ma prawo oczekiwać od każdego z uczestników.
Aby uczestnik stał się autentycznym pielgrzymem powinien w pierwszym rzędzie mieć religijną motywację wędrowania. Musi w pełni zaakceptować program religijny realizowany w drodze. Potrzeba, aby wszelkie niedogodności i ciężary drogi, zmęczenie, warunki sanitarne i noclegowe, wyżywienie, przyjął w duchu pokuty. Musi zdobyć się na posłuszeństwo wobec poleceń przewodników i podjąć trud wzajemnej służby i wysiłek budowania wspólnoty.
Jest to ogromne zadanie także dla kapłanów – przewodników.  Ktoś porównał ich rolę do funkcji kapitana statku, który już przez samą swą obecność na pokładzie mobilizuje i podtrzymuje na duchu całą załogę, który nie obawia się stawiać wymagań i trzyma właściwy kurs. Od osobistego przykładu księdza, zaangażowania i posługi słowa, zależy bardzo wiele.

Stare i nowe

W dawnych czasach mocno akcentowano sens pokutny i przebłagalny pielgrzymowania. Słowo pątnik znaczyło niejako automatycznie pokutowanie za swoje grzechy i za grzechy innych. W czasach nam bliższych, zwłaszcza w latach osiemdziesiątych, akcentowano manifestację wiary. Była w tym przekorność wobec władzy walczącej z Kościołem; manifestowanie siły, solidarności i niezależności. Takie nastawienie miało wielką siłę przyciągania.  Pielgrzymka była też sposobem na w miarę atrakcyjne spędzenie części wakacji, na przeżycie pewnej przygody we wspólnocie rówieśników.
Inna też była religijność. Wszyscy mieli świadomość, że pielgrzymka ma charakter religijny. Dużo było modlitwy – codziennie cały różaniec, Godzinki, Droga Krzyżowa, konferencje religijne i bardzo dużo wspólnego śpiewu. W czasie modlitwy było nie do pomyślenia, by ktoś zajmował się czymś innym. Konferencje były słuchane w skupieniu i milczeniu. Nikt się z tego nie wyłamywał. Nikt się nie buntował przeciwko obowiązkowym długim spodniom i spódnicom.

Na przestrzeni ostatnich lat wiele zmieniło się w świecie i mentalności ludzi, zwłaszcza młodych. Zmieniają się obyczaje.  Zmienia się też sposób przeżywania wiary, modlitwy, duchowe potrzeby.  Miejsce różańca zajęła komórka, a pierwszym pytaniem na noclegach jest pytanie o prysznic i dostęp do internetu.
I chociaż na pielgrzymce nadal występują wszystkie elementy dawnego pielgrzymowania, to chyba pielgrzymki nie są już takie same. Dzieje się tak głównie, dlatego, że inna jest młodzież, która stanowi zasadniczy trzon pielgrzymki.  Wydaje się, że dziś trudniej pielgrzymować niż chociażby 20 lat temu. Wpływa na to niczym nieskrępowana wolność, łatwy dostęp do dóbr materialnych i rozrywki, wygodnictwo. Przewodnicy pielgrzymek mówią o nastawieniu konsumpcyjnym uczestników. Brakuje inicjatywy i zaangażowania. Czasem wydaje się, że młodzi oczekują tylko, by ksiądz czymś ich zainteresował czy zabawił. Mimo dobrego nagłośnienia, miejsce wspólnego śpiewu zajęła grupa śpiewacza. We wspólną modlitwę nie wszyscy się włączają. Nierzadko w czasie różańca różne grupki rozmawiają ze sobą i żartują. Konferencje, nierzadko bardzo przecież dobrze przygotowane, nie są słuchane z należytą uwagą, nie ma dyskusji po ich wygłoszeniu.

Pielgrzymka czy wędrowanie?

Dużym niebezpieczeństwem jest traktowanie pielgrzymowania jako celu samego  w sobie. Widać to chociażby w popularnym zawołaniu „Idziemy na pielgrzymkę” – zamiast „Idziemy do Matki Bożej”. Nie jest to tylko słowne znaczenie. Wprawdzie samo pielgrzymowanie ma wielką wartość, ale nie może być jedynym celem, bo traci swój sens. Śmiem twierdzić, że wielu pielgrzymów nawet nie wejdzie w progi kaplicy Cudownego Obrazu lub najwyżej przemknie tam pośpiesznie, bo wielość uczestników nie pozwala nawet na chwilę zatrzymania i modlitwę, nie mówiąc o pozostaniu na uroczystości odpustowe. Chyba niebezpieczny jest zwyczaj, który polega na takim traktowaniu pielgrzymki, której jedynym celem jest dotarcie na Jasną Górę. Czy nie tracimy tego, co najważniejsze? Czy nie jest to podobne do biegu maratończyka, który włożył wiele wysiłku w trening, osiągał dobre wyniki i poprzestał na przedbiegach?
W tym kontekście szczególnego znaczenia nabierają takie pielgrzymki, jak sieradzka czy kaliska, które zostają na uroczystościach odpustowych i pieszo wracają do parafii. Daje to możliwość spokojnej modlitwy w sanktuarium i utrwalenia duchowych wartości w drodze powrotnej.
Po zakończeniu pielgrzymki zaczyna się jeszcze domowy egzamin. Zderzenie nowych przeżyć ze starą rzeczywistością, z ludźmi, którzy pamiętają nas z przed pielgrzymki, ze starymi nawykami.  To jest prawdziwe wyzwania i sprawdzian, na ile utrwaliliśmy sobie pielgrzymkowe nauki.

Zmierzch pielgrzymek?

Czy można mówić o kryzysie pieszych pielgrzymek?  Chyba nie, chociaż wydaje się, że apogeum liczebności pieszych mamy już chyba za sobą. Zmniejsza się liczba młodzieży. Nie zmienia to jednak faktu, że ten fenomen trudnego, wielodniowego wędrowania do Matki Bożej, jest ogromnym wyzwaniem dla duszpasterzy. Nie można zmarnować tej wielkiej duszpasterskiej szansy. Bo pielgrzymka taką wielką szansą jest.
Na pielgrzymce są w ogromnej większości ludzie dobrej woli, otwarci na duszpasterskie oddziaływanie. Klimat sprzyja budowaniu wiary. Nawet, jeżeli wśród pielgrzymów idą pobożni turyści, których bardziej niż potrzeby religijne pochłaniają motywy krajoznawcze, to przecież przez kilka dni są w klimacie duszpasterskiego oddziaływania i jest szansa zmienić ich nastawienie.  Trzeba dostrzec i zaakceptować wszystkich, bo może jest to jedyna szansa, by doświadczyli wspólnoty Kościoła.
Potrzeba też wspierania pielgrzymów, aby nie tylko dobrze przebyli drogę ku Jasnej Górze, ale także drogę w głąb swojego serca. Aby celem nie stało się pokonywanie kolejnych kilometrów i pokonywanie słabości ciała, ale umocnienie wiary przez skupienie, modlitwę, rozważania, wspólny śpiew, otwarcie na Boga i na bliźnich.
Największym chyba niebezpieczeństwem jest pokusa, zamieniania pielgrzymki w pobożny pieszy rajd. Ta pokusa bliska jest pielgrzymom, którzy chcą, aby było miło i przyjemnie, bez większych wymagań, ale  zagraża również przewodnikom grup. Oczywiście, element turystyczno-towarzyski jest w takim wędrowaniu bardzo istotny, ale nie może on stać się celem wędrowania. Pielgrzymka jest szansą, aby pobożnych turystów przemienić w autentycznych pielgrzymów.  Aby ten cel osiągnąć, niezbędna jest właściwa formacja kapłanów i przewodników pielgrzymek.

Przewodnik Katolicki   
Polak w drodze
autor: ks. Tadeusz Miłek

Źródło: http://www.przk.pl/