Jak silna musi być w człowieku potrzeba przeżyć, że decyduje się podjąć tak trudne wyzwanie? – to pierwsza refleksja, jaka nasunęła mi się w tuż po opuszczeniu Częstochowy – w wygodnym, klimatyzowanym aucie przyjaciół, którzy przyjechali specjalnie, by powitać mnie na jasnogórskim szczycie i zabrać do domu… Ale czy tylko o głód nowych doznań tutaj chodzi?
Gdy 24 lata temu po raz pierwszy podjęłam tę decyzję, kierowałam się zupełnie czymś innym. To miała być moja przygoda. Szło wielu znajomych – mega fajni ludzie, chciałam z nimi spędzić ten czas i nie miało to znaczenia JAK go spędzę. Zawsze byłam blisko Kościoła i chętnie podjęłam wyzwanie. Byliśmy w grupie przyjaciół i nawet nocleg w kiepskich warunkach sprawiał nam frajdę, bo spędzaliśmy ten czas razem. Było ciężko, ale nie aż tak żeby narzekać. Zawsze można wsiąść do samochodu i podjechać kawałek dając nogom odpocząć. Tylko jak tu zrezygnować ze wspólnego marszu? Coś mnie ominie i co wtedy? I tak się szło… Kilka lat z rzędu.
Minęło 20 lat. Dlaczego wróciłam na szlak? Czy potrzeba mi wrażeń? Nie. Czy aż tak się nudzę? Nie. Czy chciałam sobie coś udowodnić? Nie.
Czasem gdy czujesz się bezsilny wobec faktów, z którymi się spotykasz pozostaje jedna właściwa droga. Kiedy wiesz, że nie masz już wpływu na nic i tylko czekasz na cud, to jedyna słuszna rzecz jaką można zrobić dla ludzi, których kochasz. Modlić się za nich.
I wtedy podjęłam decyzję. Tak jak napisałam w pierwszym dniu. Myślałam, że będzie łatwiej… Nie było. To przede wszystkim codzienna walka z samym sobą, ze swoimi słabościami, pokusą ułatwienia drogi a niestety często i bólem. Ale wyznaczasz sobie cel i nie możesz odpuścić. I przychodzi moment gdy ból jest tak silny, że zaciskasz zęby i łzy napływają Ci do oczu… Wtedy właśnie myśli stają się najczystsze. Wtedy przychodzi moment gdy wyłączasz się z tego, co Cię otacza. Wtedy też zaczynasz dostrzegać to, co w codziennym życiu zagłuszone jest przez milion rzeczy, które odciągają nas od naszego wnętrza. Nic już wokół Cię nie rozprasza. Wtedy myśli mkną do Boga. I słyszysz Go… I radość jest tak duża, że zapominasz o całym świecie. I przestajesz wątpić… Zaczynasz bezgranicznie ufać… Jak dziecko.
Jedni idą dla towarzystwa, drudzy dla zabawy. Jeszcze inni dla sprawdzenia siebie. Większość jednak idzie odnaleźć Boga. Wszystkie motywy są dobre. Żadnego nie można potępiać. Czym dla mnie była pielgrzymka? Doskonałą lekcją pokory. Spotkaniem w drodze. Zresetowaniem. Katharsis… Jednak ktoś w trakcie drogi napisał mi, że robię z tego swoiste reality show publikując co chwila relację z drogi. Nic bardziej mylnego. Chciałam dać świadectwo. Mało jest Boga w naszym życiu. A jeśli jest, to coraz trudniej się do Niego przyznajemy. Takie czasy… Zasypujemy nasze tablice na fejsie tak banalnymi i głupimi sprawami i nikomu to nie przeszkadza. A ja uważam, że tam w drodze działo się ze mną coś bardzo ważnego. Chciałam się tym z Wami podzielić. Ot co. I nie ma w tym żadnego patosu ( Ola – jeszcze raz dziękuję!). Zrozumie to ten, kto choć raz podjął trud drogi.
Dziękuję WSZYSTKIM, którzy we mnie wierzyli, byli przy mnie myślami i wspierali mocno. I jeszcze jedno… Danuta – bez Ciebie nie dałabym rady!
Autor: Maria Zaleska – Jaskot